czerwcowe

pierwsze czereśnie ochrzciłem pluciem pestek
opadały spokojnie w zapomniany krajobraz traw
dziknąc w każdym śnie

rano wydłubywałem ukradkiem żywicę spod kory
dla przyjemności oglądania słodko-gorzkich
bursztynów rozmytych w jasnych oczach

co dzień wstawałem wcześniej
a mimo to uśmiech zanikał

teraz już tylko dotyka
końcówkami rozpuszczonych włosów
sepię wspomnień o ostatniej podróży światła
po gałęziach nasiąkniętych zapachem
rozmazanym brudzie na ciepłym policzku

a mimo to słyszę
będzie dobrze
szept czerwcowych poszukiwań
kiełkujących co roku pestek

Niespodziewanie deszczowy początek lata w Tatrach

Całe światło opadało na dno
niosąc ze sobą bukiety świeżo zerwanych fiołków
rosa wciąż po nich spływała tak
że ciemność stawała się coraz głębsza
a mimo to na każdym kamieniu było widać
jakby tlącą się jeszcze cząstkę wędrówki
której ostatni krok zatrzymał się zawisł
by już nigdy nie zmierzyć z czasem

Teraz ziemia wykleja brązowe chmury
z zagubionymi porami roku nad plecami
kształtuje pochylone krajobrazy

Dopiero nagły podryw królewskich ptaków
był w stanie otworzyć niebo na tyle szeroko
aby w końcu spadł upragniony deszcz
spłukał zaschniętą glinę z butów rąk czoła
aby znowu mogły kiedyś zakwitnąć tatrzańskie granie
zakwitnąć nieprzezroczyście

zapowiadają wiatr z południa

stała w milczeniu

mogła tylko patrzeć jak buty zawiązane na podwójny supeł nabierają granitów i słonej wody
a skradzione z ogródka dmuchawce zapchlona spadającymi gwiazdami wielka niedźwiedzica rozciera w pysku
nocą prowadząc na manowce

w radiu zapowiadali wiatr z południa

miał przynieść oczyszczenie horyzontu aby odnaleźć właściwy kierunek marszu
ale nim wstało słońce czekałem już z zakasanymi rękawami gotowy by przeoblec się cały na lewo
nie czuć drażniącej metki

teraz boję się pierwszego oddechu zwiastującego powitanie

jednak mam świadomość że najlepsze kasztany nie muszą rosnąć na placu Pigalle
możemy bowiem spotkać się tuż za rogiem kuchennego stołu zastawionego tylko kawą z mlekiem
a jedyny rogalik przełamać

zwykłym dzień dobry

kolejne dzień dobry

zziębnięte niedospane dzieci zaczynają mi mówić
dzień dobry panu
poranek rześki zapowiada ładny dzień
trochę za wcześnie ale będę musiał kupić kaszkiet

chodnik znowu opluł nogawkę gdy deptałem mu po piętach
podnoszę więc oczy by szukać na niebie odpowiedzi
po co tyle hałasu z jednego więcej dzień dobry

zziębnięte niedospane
cześć dzieci

dobry dzień cioci

zaczął się gdy wykradła cygara spod nosa z przykrótkim wąsem
rozdawała je potem wracając do domu tym co brakowało wiary

do wioski doniosła garść życia którą rozsiała w rabacie pod oknem
goszcząc muchy i pszczoły by dobro wróciło przed nocą

kiedy trzeba było na łeb na szyję uciekać na drugi brzeg rzeki
zabrała w albumie piędź ziemi dając szansę przeżycia korzeniom

patroni kościoła z belek na zrąb codziennie słuchali zdrowasiek
czasem tylko ło krótki szpic nad mlekiem zanadto zagrzanym

słońce schodziło z pokosem ostatniej koniczyny
darami blasków i cieni tworzących jej dzień

nie tyle zaczęty powszechną modlitwą
co zakończony bez krzty gniewu